wtorek, 10 czerwca 2014

Kupiłam motocykl, który nie jeździ




Mam wśród swoich znajomych osoby, którym mocno ufam. Mogę im dać klucze do swojego mieszkania bez obawy, że mi je obrabują; mogę im pożyczyć samochód, nie bojąc się o rysy; mogę im natychmiastowo przelać 1000zł ze stuprocentową pewnością, że następnego dnia będę je mieć z powrotem. Mam wśród swoich znajomych osobę, której mocno zaufałam i od której kupiłam motocykl, który nie jeździ.

A miało być tak pięknie. 

13 lat temu dosiadłam WFM-kę i po raz pierwszy poczułam wiatr we włosach nie jako pasażer, lecz jako kierowca. Uśmiech nie schodził mi z ust długo po zejściu z siodła. 
9 lat temu z gracją postarałam się o prawo jazdy kat. A, zdając egzamin bez sprawnej komunikacji z egzaminatorem.
30 dni temu zdecydowałam się na zakup motocykla.

Suzuki LS650 Savage. Cudny. Piękny. Idealny. Wprost stworzony dla mnie! Bo przecież nikt inny nie kupiłby motocykla bez wcześniejszego uruchomienia go. Bo przecież jak można uruchomić motocykl, który nie ma akumulatora. Bo przecież jak można uruchomić motocykl, gdy nie ma się do niego kluczyka.
Tak, musiałam go kupić. 

Mój Dzikus stał w garażu nieuruchamiany przez ponad rok. Poprzedni właściciel przebywał przez ten czas za granicą. Przez telefon dobiłam z nim targu, a sprawami formalnymi zajął się jego brat i kolega. Ten ostatni zdeklarował się przysłać następnego dnia kluczyk, a jak tylko znajdzie - również dodatkowy tłumik. Ani jednego, ani drugiego do tej pory nie dostałam. 

W ciągu pierwszego tygodnia po zakupie kupiłam nowy akumulator, dorobiłam kluczyk do stacyjki, wymieniłam świecę zapłonową i napełniłam bak, który jednak okazał się pusty (a był "zalany pod korek"). Przez kolejne dwa tygodnie razem z moim chłopakiem - urodzonym majsterkowiczem - staraliśmy się go uruchomić i zacząć jeździć. To pierwsze udało się całkiem sprawnie. To drugie spełzło na niczym - motocykl gasł po dodawaniu gazu i ani myślał wchodzić na wysokie obroty. Po tygodniu czekaniu w kolejce ostatecznie udało się go oddać w ręce mechanika. Od kilkunastu dni czekam na telefon z dobrą nowiną.

To prawda - miłość od pierwszego wejrzenia często bywa zgubna - ale przyniesie cały ogrom szczęścia, jeśli okaże się prawdziwa.

Kupiłam motocykl, który nie jeździ, ale jakoś tego nie żałuję.

poniedziałek, 23 września 2013

Przyjmij kolor, no już!


Mam wrażenie, że co roku w pewnym momencie ludzie wyciągają z szafy najciemniejsze fatałaszki, jakie tylko mają. Tak jakby jesienią i zimą był zakaz noszenia kolorowych spódnic i koszul. Tak jakby ludzie chcieli sprawić, żeby ten chłodniejszy okres roku był jeszcze bardziej ponury i melancholijny. Latem założę sukienkę w łączkę, ale jeśli termometr pokaże temperaturę poniżej 10 stopni, wrzucę na siebie bure spodnie i kurtkę! Naprawdę nie mam nic przeciwko czerni - mała czarna potrafi być tak zmysłowa, że nie zastąpi jej choćby nie wiem jak krótka i wydekoltowana sukienka w kwiatki Ale dlaczego ci, którzy potrafią nosić kolory latem, jesienią zupełnie o nich zapominają? Dlaczego nie sprzeciwimy się temu wszechogarniającemu smutkowi, dlaczego nie tupniemy nogą, dlaczego nie powiemy "stop!" przeciwko temu garderobianemu marazmowi? 
Życie jest prawdziwym karnawałem, a nie zupą bez smaku*.
Nie trzeba wiele. Na początek wielki kolorowy szal. Albo potężna brocha. Albo gumiaki w kropy!
Spróbuj.
Będzie weselej. Ludzie zaczną się uśmiechać.
Ty też!



*Ysabelle Lacamp

środa, 18 września 2013

Chodziłam na basen codziennie przez prawie cały miesiąc. Dziś przestałam.


Kiedy usłyszałam, że siostra mojego chłopaka codziennie przed pracą jeździ na basen, postanowiłam, że muszę przestać prowadzić siedzący tryb życia.
Kiedy wybrałam się ze znajomymi na weekend nad jezioro, wstałam z samego rana przed wszystkimi, by zanurzyć się w wodzie i stwierdziłam, że pływanie to fantastyczna rzecz i jak tylko wrócę do Krakowa, to zapiszę się na basen.
Kiedy upewniłam się, że pływalnia jest blisko od mojego mieszkania, postanowiłam, że wybiorę się tam następnego dnia.
Kiedy po pracy przygotowałam obiad i okazało się, że jest już osiemnasta i że nie mam przygotowanego stroju i że tak właściwie to najchętniej poczytałabym sobie książkę, postanowiłam, że przełożę to na kolejny dzień.
Kiedy w piątek dostałam okres, rzeczą jasną było, że na basen nie pójdę. Nie dla mnie pływanie z tamponem! Jeszcze mi wypadnie i dopiero będzie siara...
Kiedy przez następne kilka dni mogłam bez poczucia winy czytać wieczorami książkę, postanowiłam, że jak tylko skończy się ta „męczarnia”, to wybiorę się na basen.
Kiedy krwawienie się skończyło, wydrukowałam harmonogram wejść, powiesiłam na tablicy nad biurkiem i postanowiłam, że pójdę tam jeszcze tego samego dnia!
Kiedy okazało się, że do wyjścia zostało mi mniej, niż pół godziny, pomyślałam, że przecież raźniej byłoby wybrać się tam razem z chłopakiem, dlatego przełożyłam basen na kolejny dzień.
Kiedy we wtorek mój miły oznajmił mi, że nie ma kąpielówek, postanowiłam, że koniec z pływaniem.
W ten sposób wczoraj zaczęłam ćwiczyć z Chodakowską. Od dziś nie „chodzę” już na basen.
Zakwasy welcome to!